| Recenzja filmu "It's all gone Pete Tong" |
|
|
|
| Dodał Dagmara |
| Poniedziałek, 19 Marzec 2007 01:13 |
|
"Nawet jak jestem głuchy, to słucham Frankiego jak nigdy." - Polski sprzedawca róż, Ibiza By w pełni ukazać swą wyjątkowość, muszą niekiedy sięgnąć dna. Upadek, choć bolesny, pozwala im przewrotnie na to, by z jeszcze większym impetem objawili przeciętnym mieszkańcom globu istnienie innego wymiaru... Potocznie nazywamy ich geniuszami. Dziełami o monumentalnej sile zmuszają do uległości mierne dziełka mniej lub wcale utalentowanych wyrobników, określanych emfatycznie mianem artystów. Lecz niejednokrotnie i sami geniusze stają się ofiarami własnego fenomenu, w swej nieumiejętności zapanowania nad pasją w dziwny sposób wymykającą się im spod kontroli. Doprowadzają się do stanu autodestrukcji, która to staje się naturalnym zwieńczeniem ich artystycznej wędrówki, finalnym dziełem ich życia. Po tak górnolotnym wstępie spodziewacie się pewnie równie patetycznej opowieści o wyrafinowanym, eterycznym i białopalcym Chopinie XXI wieku, skromnym wiejskim chłopczynie, który w mistrzostwie przerósł swego nauczyciela, który nad uciechy i rozkosze cielesne przedkładał zawsze swą metafizyczną miłość - muzykę, niewiadomo czy z samego zamiłowania do niej, czy jedynie z powodu swej rachitycznej postury i bolesnych dolegliwości, które to uniemożliwiały mu ekscesywne harce. Być może zatem wasze rozczarowanie sięgnie zenitu, gdy powiem, że bohater recenzowanego przeze mnie filmu "It all gone Pete Tong"- Frankie Wilde, nie współczesnym Fryckiem, a głuchnącą gwiazdą płyt winylowych, hedonistycznym wybrykiem natury, taplającym się w smutnym uzależnieniu od narkotyków i alkoholu, był. Pozwólcie jednak, że równolegle przypomnę wam nazwisko jednego z najświetniejszych muzyków wszechczasów, nieokrzesanego choleryka i awanturnika, nazwisko tego, wobec którego muzyki i marsowego oblicza truchleli rywale: BEETHOVEN. Człowieka, który w jednym momencie wzbudzał podziw i przerażenie, antypatię poprzez zbójeckie usposobienie, litość z powodu głuchoty oraz gorące uwielbienie z powodu niezrównanego talentu. Możecie skarcić mnie teraz za bezprawne wykorzystywanie renomy Beethovena w celu komercjalizacji "It all gone Pete Tong", choć jestem pewna, że w momencie, gdy ów film zobaczycie, zaniechacie tych praktyk. Zrozumiecie, że nie tani chwyt reklamowy, lecz nieuniknione, najbardziej oczywiste i trafne z porównań to było. Bo to właśnie dzięki takim reżyserom, jak Michael Dowse, temat przewijający się w "Wiecznej miłości" Bernarda Rose'a i wywołane nim emocje nie zestarzeją się nigdy, wręcz przeciwnie, nabiorą świeżości, sformułują nowe znaczenia. Treścią niezwykle udanego debiutu reżyserskiego pana Dowse'a jest człowiek - kuriozum, wzbudzający niemalże identyczne odczucia w światku DJów, co Beethoven w środowisku miłośników muzyki klasycznej. Ponieważ cokolwiek najsłynniejsi, najbardziej rozchwytywani DJe ostatniego dziesięciolecia zamierzaliby stworzyć, a potem zagrać, Frankie Wilde potrafił to lepiej, niesłysząc. "Urodził się z umiejętnością stania za gramofonem. Nie mam wątpliwości, byłem o to zazdrosny. Ja zawsze musiałem starać się bardziej." - Carl Cox, DJ Nazywany sceniczną bestią, muzycznym szamanem, uwielbiany przez fanów, znienawidzony przez konkurencję, niewytłumaczalnie, wręcz ponadzmysłowo panował nad publiką. I tu właściwie można by zakończyć nasze opowiadanie, gdyby film Dowse'a miał być typową biografią artysty, który pogrążywszy się w oparach narkotyków i alkoholu, rozpoczął powolny proces autodestrukcji. Na szczęście znakomita intuicja irlandzkiego reżysera wykrzesała ogień z dość trywialnej początkowo historyjki o niegrzecznym Frankiem, rozwijając ją do rozmiarów wzruszającej przypowieści o przeznaczeniu prawdziwego artysty i potędze możliwości człowieka, pomimo jego pozornych ułomności. Zacznijmy jednak od początku. Oto bowiem Frankie Wilde, znany DJ w okresie szczytowej formy i horrendalnych zarobków, zaczyna tracić słuch. Pomimo bezlitosnej diagnozy lekarskiej (Frankie ma stracić słuch całkowicie), muzyk, wiedziony jakimś dziwnym instynktem nie rezygnuje z dość wyniszczającego trybu życia, przeciwnie, jakby świadomie zaczyna pogrążać się w równie pociągającej, co przerażającej go 'przestrzeni ciszy'. Dowse w fenomenalny sposób zarysowuje dramat początkowo sfrustrowanego i bezsilnego DJa, który z powodu głuchoty zostaje całkowicie wykreślony ze świata muzyki, do którego rozwoju, o ironio, sam znacznie się przysłużył. "Nie chcę głuchego DJ na okładce. Nie chcę, żeby firma miała związek z głuchym klocem. Cóż, biznes jest ciężki, i czasem musisz podejmować niewygodne decyzje. Podejmowałem już cięższe decyzje niż zostawienie głuchego DJa." - Były manager Frankiego Wilde'a Poprzez problem wykluczenia człowieka ułomnego z danej kasty, reżyser nakreśla widzom sens alienacji artysty, który poprzez twórcze kreowanie i renowację utraconego statusu, dzięki determinacji i prawdziwemu geniuszowi jest w stanie ponownie udowodnić swoją wartość. W przypadku "It all gone Pete Tong" artysta udowadnia ją jednak tylko po to, by już nigdy nie powrócić. "Słyszałem, że prowadzi sklep płytowy w Oxfordzie, jest tam historia, że pojechał na Fiji i zmarł na syfilis, ale nikt nie wie gdzie on jest." - Dan Antopolski, przyjaciel Frankiego Otóż to, Frankie po udowodnieniu fenomenalnych zdolności oraz sukcesie komercyjnym płyty, zwyczajnie znika. Odcina się od dotychczasowego, dość zwariowanego życia trawionego na ciągłych imprezach i nieudanych związkach, by odnaleźć spokój i szczęście u boku niepozornej, też niesłyszącej Hiszpanki, Penelope. Historia DJa nie trąci tanim sentymentalizmem lecz wzrusza bezpretensjonalnością i szczerością do tego stopnia, iż chłoniemy ją jak gąbka. Natomiast kreacja Paula Kaye'a w roli ponadprzeciętnie zdolnego, frywolnego Frankiego Wilde'a, rozbraja lekkością i naturalnością, z jaką została odegrana. Być może to świetna rola Kaye'a powoduje, iż tożsamość legendarnego Frankiego Wilde'a stanowi dla widza twardy orzech do gryzienia. Ponadto reżyser snuje nieprawdopodobną, momentami zaskakującą opowieść o głuchnącym DJu tak gładko i wiarygodnie, iż nie dość, że zostajemy w nią bez reszty wciągnięci, to jeszcze zwiedzeni dokumentalną formą filmu podpartą wypowiedziami i wspomnieniami DJów światowej rangi (DJ Tiesto, DJ Carl Cox, Paul Van Dyk), zaczynamy mieć w głowie prawdziwy mętlik. W celu oświecenia umysłu wystukujemy w niezawodnym Google dźwięczące nam natrętnie w głowie nazwisko 'Frankie Wilde', odwiedzamy strony poświęcone muzyce dance, techno - trans, czołowe strony DJejskie, w akcie desperacji oglądamy ponownie "It all gone Pete Tong", starając się czytać między wierszami w wypowiedziach słynnych DJów, po raz piąty wlepiamy oczy w czołówkę i napisy końcowe filmu czekając na jakiś znak, objawienie, katharsis. Niezniechęceni porażką wklikujemy nazwisko 'Frankie Wilde' w wyszukiwarce ponownie, by po raz kolejny i całkowicie bezowocnie, zamiast upragnionej twarzy genialnego Wilde'a, ujrzeć dobrze nam znane oblicze aktora odtwarzającego filmową rolę. Co u diabła? Na liście stu najlepszych DJów znajdujemy co prawda nazwisko Frankiego Wilde'a, lecz miast zdjęcia idola, mamy przed oczyma rozpromienioną fizys aktora Paula Kay'a. Cóż to za jawna mistyfikacja? Już nieco podenerwowani, zaczynamy snuć domysły, czy aby na pewno Frankie Wilde kiedykolwiek istniał. Nie, negacja byłaby zbyt prostym wyjściem, a my przecież nie poddajemy się tak łatwo. Toż to na własne uszy słyszeliśmy on-line, (marny bo marny, ale zawsze) utwór Frankiego Wilde'a. Szukając zdjęcia z młodości domniemanego DJa, z uporem wpisujemy w Google jego nazwisko, po raz kolejny... rozważamy możliwość zrobienia literówki, przecież niepojętym jest, by jakikolwiek element rzeczywistości umknął zasobom Google. Chociaż kto wie? Przezorności nigdy za wiele. Zmieniamy więc wyszukiwarkę na Yahoo. W niej również napotykamy zdjęcia Paula Kaye'a. Onet. Paul Kaye. Wirtualna? Szkoda słów. Marszczymy czoło, przybieramy pozę człowieka myślącego, tego, który rozumie niezależne kino afrykańskie, "Doktora Fausta" Tomasza Manna, kobiety i fenomen Paris Hilton. Zaczynamy rozumować: a może historia Frankiego Wilde'a to przykrywka dla biografii Pete'a Tonga, który jak nam wiadomo, jest nie tylko współproducentem, aktorem i szanowanym DJem od przeszło 20 lat, ale również współtworzył ścieżkę dźwiękową do enigmatycznego obrazu filmowego Dowse'a? Jasne! Czemu nie wpadliśmy na to wcześniej? Toż to psikus i zarazem szczyt skromności Pete Tonga - figlarza! I kiedy już czujemy zapach zwycięstwa, kiedy rozśpiewujemy gardło przy użyciu kamertonu, by w miarę czysto wykrzyknąć "Eureka!", znienacka przychodzi bolesne rozczarowanie: "Pete Tong nigdy nie był głuchy". Zatem nasza błyskotliwa teza, w której to słusznie wiązaliśmy tytuł filmu "It all gone Pete Tong" z DJem o tym samym nazwisku, padła, a my tym samym musimy pogodzić się z przykrym faktem, że zostaliśmy bezczelnie oszukani, wyśmiani przez czołowych DJów zwerbowanych do audiowizualnego spisku przez szczwanego irlandzkiego lisa! I ta frustrująca świadomość, ta gorzka prawda powoduje... iż film przewrotnego reżysera zaczyna nam się podobać podwójnie. Polecam wam "It all gone Pete Tong" z jednej bardzo prostej przyczyny: ten film zapada w pamięć. Jeżeli potrzebujecie więcej bodźców, jeśli upraszacie się o to, by was usilnie zachęcano, proszę bardzo: "It all gone Pete Tong" imponuje, wzrusza, wciąga, śmieszy, rozbraja, zadziwia... Czy to nie po to chodzimy na filmy? Dagmara Sitek źródło: www.film.org Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i
rozprzestrzenianie artykułu bez zgody autora jest zabronione! Prawo
chronione przez ustawę z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i
prawach pokrewnych: Dz.U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83. Komentarze (11)
![]() Napisane przez frankie, 13 styczeń, 2009
bardzo dobry artykuł. znam wiele osob ktore sa przekonane ze frankie zyje albo chociaz kiedykolwiek zył. niestety faktem jest ze autorka ma racje... wyobrazcie sobie ile pieknej muzyki stworzył by ten facet gdyby zyl.
Napisane przez komentator, 13 styczeń, 2009
ja po ogladnieciu filmu od razu wpisalem w googlarce jego tytul zby zobaczyc wypowiedzi ludzi. Na poczatku myslalem ze ta historia jest oparta na faktach
Napisane przez ludek, 24 luty, 2009
Ja mysle ze on zyje ze on istniał... przeciez światowej rangi dj nie wypowiadaliby sie o nim w ten sposób...?! wierze bo tez chce w to wierzyc ze taki ktos żyje i istniał...!!
Napisane przez camra, 07 kwiecień, 2009
Bardzo jest ciężko znaleźć jakieś informacje na temat Frankiego. Prawdę mówiąc nie ma o nim praktycznie nic. Jeżeli jest on postacią prawdziwą, która osiągnęła tak wiele w dziedzinie muzyki, uważam że wielu z nas usłyszało by o Nim jeszcze przed obejrzeniem tego filmu. Mam nadzieję, że się mylę i Frankie istniał. Według mnie jest to ewidentny fenomen. Jednak każda minuta z nosem w googlach przekonuje mnie do tego, że nigdy takiego dj-a na świecie nie było. Obym się mylił!
Napisane przez BartZ, 15 maj, 2009
Czytając recenzję Pani Dagmary miałem nieodparte wrażenie, iż czytam wierny opis mojego własnego życia z ostatnich trzech dni... Trafia i to mocno... W każdym bądź razie film jest rewelacyjny i właściwie nie wymaga więcej komentarza, natomaist pytanie o realność Frankiego posiada odpowiedź i niestety raczej negującą. Co jeśli ... istniał? raczej nie nadejdzie... a szkoda, wielka szkoda
Napisane przez slavko, 13 czerwiec, 2009
cholera też się złapałem na tym że po obejrzeniu filmu, zaraz google i "kim był frankie?"
Napisane przez blaa, 19 czerwiec, 2009
haha no ja tez zaczelam szukac informacji o tym DJ po obejrzeniu filmu (dlatego trafilam na ta recenzje)
Niestety nie mogł istniec bo skoro byl taki dobry to musialby byc znany Ale zawsze jakas iskierka nadziei pozostanie
Napisane przez Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. , 19 czerwiec, 2009
taki dj istnial i gral na ibizie i zagral ostatni set jesli chodzi o osobe o ktorej mysle frankie to postac zmyslona tak jak i nazwa dj'a jesli ktos zaglebi sie w historie muzyki klubowej to znajdzie informacje o dj'u ktory stracil sluch zagral pozegnalny set na ibize pozniej podobno w holandii jeszcze kilka imprez i slad po nim przepadl mysle ze film jest prawdziwy a zostaly zmienione nazwiska
Napisane przez janyc, 23 listopad, 2009
Ludzie, zal dupe sciska. Frankie to zmyslona postac, a film ma forme dokumentu - tak jakby dokument tylko, ze oparty na zmyslonych faktach. To bardzo mylacy zabieg, fakt. Byl taki film @This is Spinal Tap' ktory ma dokladnie taka sama forme - swietna komedia apropo - co prawda zespol istnieje ale historia w filmie to jeden wielki zart. Tu o filmie 'Its all gone...' na Wiki http://en.wikipedia.org/wiki/I..._Pete_Tong
Napisz Komentarz
|

Recenzja filmu "It's all gone Pete Tong"



haha
Niestety nie mogł istniec bo skoro byl taki dobry to musialby byc znany
