|
Już kilka lat dokładnie obserwuję scenę vocal house, a konkretniej wszystkich artystów powiązanych z wytwórnią Defected. Jakiś czas temu zaobserwowałem u siebie lekki brak zaangażowania w kontrolowanie jej nowych wydawnictw. Pomyślałem, że to być może zmęczenie materiału, może wyłącznie moja ewolucja? Jednak po rozmowach z wieloma osobami równie zasłuchanymi w te same dźwięki stwierdzam, że w Defected coś się zmienia. Dla wielu,niestety na gorsze i mniej wciągające.
 Po niesamowitym starcie w zeszłym roku, kiedy to już na początku 2008 ukazała się składanka "Defected In The House: Gilles Peterson" apetyty były niesamowite. Płyty zmiksowane były innowacyjnie jak na to wydawnictwo, kawałki dobrane idealnie, dysk trzeci - całkowicie odmienny i niespodziewany... Potem na scenę z hukiem wkroczył duet The Shapeshifters wydając znakomitą EPkę z "Chime" i "Treadstone". Zmiksowanie przez nich kolejnej składanki ITH było tylko kwestią czasu. Jak co roku ukazała się Eivissa i Miami... Z tym, że mimo kilku naprawdę świetnych kawałków, płyty te przyszły i odeszły. Nie były tak naprawdę olbrzymim wydarzeniem, mimo olbrzymiej reklamy na portalu Defected. Nie można powiedzieć, że Defected wydaje złe płyty. Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie mniej jednak mam wrażenie, że wytwórnia stanęła w miejscu, powiela schematy, zapatrzyła się w to, co przez lata funkcjonowało. Gdyby podmienić mi pudełka dla Eivissy i Goa, to dopiero gdzieś w połowie po pojedynczym tracku zauważyłbym różnicę. Coraz więcej vocal house`u brzmi tak naprawdę tak samo! Beat, vocal, refren ze słowem "Love". W sporej ilości kawałków brakuje jakiegoś ognia, jakiegoś motywu, jakiejś dźwiękowej kotwicy. Zastanawia mnie fakt, czy zamiast tradycyjnych trzech płyt w kolekcjach "In The House" nie wystarczyłyby na przykład dwie? Albo nawet jedna - będąca zbiorem tych kawałków naprawdę najlepszych? Bo nie rozumiem np. sensu istnienia trzeciego krążka na albumie "Shapeshifters In The House" - to podobno ulubione utwory duetu (nieelektorniczne też). No bardzo fajnie, ale... ale po co? Ta płyta była wydana, żeby po prostu być. Nie wniosła aboslutnie nic do historii muzyki.
Są kawałki, które doczekały się już tylu remixów (lepszych i gorszych), że pojawiają się na praktycznie co drugiej płycie! Finally, Gotta Have House, Wizerman... Ostatnio do poczetu najchętniej zmienianych dołączył duet Shapeshifters i ich "Chime". Może on się podobać, albo i nie, ale każdy orientujący się w temacie wie, że to jest jeden z tych kawałków, który zostanie w głowach na lata. Gdzie kolejne? Weźmy składanki z 2006 czy 2007 - na każdej kompilacji mamy kilka takich "kotwic", które od razu podnoszą poziom. Oglądacie czasami Defected TV na kanale Youtube`a? Większość reklamujących coś filmików, czy będących relacjami z imprez opiera się na kawałkach ze srogiej przeszłości: "Precious Love", "Freak", "My Reflections"... o czymś to świadczy prawda?  Argumentem popierającym moją tezę (dość śmiałą), że Defected troszeczkę zjada swój własny ogon niech będzie fakt aboslutnie nowej serii. "Nowa seria" i zjadanie ogona? Tak właśnie. "House Masters" to nazwa dla składanek tych najbardziej zasłużonych będących po prostu "The Best Of". W sumie pomysł jest bardzo trafiony dla wiernych fanów danych artystów, ale biorąc na pulpit wersję poświęconą Bobowi Sinclarowi... "World Hold On", "Love Generation", "I Feel For You", "Freedom", "Kiss My Eyes", te kawałki tak naprawdę każdy house`owy fan gdzieś ma. Jeżeli nie na którejś In The House, to na vinylu, albo na solowych albumach danego artysty, albo na innych kompilacjach "Top 15". A Sinclar? Ikona Defected z takimi dziełami na koncie jak płyta "Paradise", dba o to, by koniecznie pokazywać wszędzie swoją klatkę piersiową i być gwiazdą pop, która na łamach DJ Magazine chwali się, że spędziła noc w willi Playboy`a z całą masą Playmates. Owszem zazdrościmy, ale... Inną kwestią (i tutaj ocenianie, czy to dobrze, czy źle zostawiam absolutnie każdemu z osobna) jest fakt, że Defected ograniczyła "radość" kawałków i durrowych melodii kosztem dość deepowych rytmów i leniwych brzmień. Trąbka już nie służy wprawianiu nóżki w taneczny podryk jak w 2005 roku przy aboslutnym "trąbkowym" killerze "Look Ahead". Teraz saksofon czy trąbka służy do wprawiania w zadumę. Kiedyś puściłem niezwiązanemu aboslutnie z muzyką klubową koledze "A Black Man In Space" i po 3 minutach głównego motywu z "Sax Mix" kazał mi go koniecznie wyłączyć z "starczy!" na ustach. Jak odbierać to "starczy?" Pozytywnie! Ten kawałek to aboslutne dzieło! I to akurat pozytywny aspekt "braku radości" w saksofonowości. W zeszłym roku w polskich vinylshopach od stycznia do kwietnia pojawiło się 28 placków. W tym roku: JEDEN - Studio Apartament - Sun Will Shine. Garść moich refleksji wcale nie ma zniechęcić nikogo do bądź co bądź ciągle wokalnych kawałków z Defected. Być może znajdzie się wielu takich, którzy ciągle zachwycają się wydawnictwami labelu, może nawet bardziej niż tanecznymi sztosami sprzed dwóch czy trzech lat. Osobiście słucham najnowszych kompilacji raz, dwa razy... Podczas gdy Martina Solveiga ITH 2006 przesłuchałem już razy co najmniej kilkadziesiąt. Od nuty do nuty. A co Wy myślicie o dzisiejszym poziomie muzyki spod znaku "D"? Jeśli chcecie, podzielcie się z nami swoimi komentarzami.
 |