Siasia: - Słuchałem techno w telewizji i radiu Top. Jaco miał w nim swoją audycję, zadzwoniłem do niego i zapytałem, czy nie mógłbym przyjść i się pokręcić. Potem poznałem Gogo, który wkręcił mnie w granie. Pierwszy raz zagrałem z Strasznym Klubie, potem w Mega, na dole. Na początku ojciec ze mną jeździł, siedział przy barze i drinkował, a ja kręciłem. Potem zdobyłem jego zaufanie i jeździłem już sam.
Triki, ale też talent
Gogo to szczupły, krótko ostrzyżony 26-latek. Dba o swój wizerunek - wystarczy raz na niego spojrzeć i już wiadomo, że słucha techno. Ciężkie buty na koturnach, obcisły sweter, ortalionowa kurtka. Gra na dwóch gramofonach Technicsa. - Na sprzęt zarobiłem sam, jeszcze w czasach, kiedy mieszkałem w Niemczech. Roznosiłem gazety, strzygłem trawniki, w wakacje pracowałem w fabryce obróbki metalu. Za te pieniądze kupiłem gramofony i mikser. Zabrałem je do Polski razem z kolekcją 300 płyt hiphopowych. Sprzedałem je potem jednemu gościowi ze Szczecina i do dziś tego żałuję. Po płyty techno jeżdżę do Niemiec, co najmniej raz na kwartał. Kupuję ich po 30 na raz - to znaczy, że mogę zagrać trzy imprezy. Można też płyty kupować na Śląsku, ale nie warto. We wszystkich sklepach są takie same, więc to normalne, że będą grane na wszystkich imprezach. A trudno, żeby ludzie słuchali wciąż tego samego.
Siasia kupuje płyty w Berlinie, inni jeżdżą do Ostrawy albo Pragi. Dostęp do nowych płyt jest dla didżejów bardzo ważny. W ten sposób mogą ciągle wzbogacać swoją muzykę i podkręcać publiczność.
Do niedawna didżeje kojarzyli się z szafą grającą na zamówienie, dzisiaj to gwiazdy. Prawdziwi władcy klubów, wprawiający publiczność w ekstazę za pomocą dwóch gramofonów i miksera. Starannie przygotowują swoje sety - tak, żeby był początek, kulminacja i zakończenie. Śląscy didżeje techno to ludzie młodzi, z ambicjami, ekscytują się tym, co robią.
Dj R.M. ma 20 lat, studiuje. Gra w Mega Clubie, a od niedawna także w chorzowskim Kocyndrze, ale nie ma własnego sprzętu. Tylko płyty kupuje. - Do wszystkiego dochodziłem sam na starym gramofonie Unitry. Na sprzęt mnie nie stać, gram na klubowym. Ale myślę o graniu poważnie, chciałbym się rozwijać. Tylko że w Polsce nie widzę raczej szans na to, żeby się z tego utrzymywać. Jeżdżę często do Pragi, bo tam jest większy rynek, i się rozglądam. Może uda się gdzieś zaczepić?
Whisper ma inne podejście do grania - najpierw sprzęt, opanowanie techniki, ćwiczenia i dopiero można się pokazać ludziom: - Zanim zagrałem pierwszy raz do ludzi, trzy miesiące ćwiczyłem w domu. Grać nauczyłem się sam - oglądałem teledyski w telewizji i pokumałem.
Siasia jest uznawany w środowisku za ucznia Gogo. - To nieprawda, nie można nikogo nauczyć grać - zaprzecza Gogo. - Można tylko pokazać parę trików, ale żeby grać, potrzebny jest też talent.
Obrzygany underground
Na Śląsku niewiele jest miejsc, gdzie gra się techno: Kanty w Jaworznie, Mega Club, Inkubator i Klimaty w Katowicach, Kocynder w Chorzowie. Kiedyś była jeszcze Techno Planet w Bielsku (przemianowana później na Happy Planet), ale upadła. Didżeje do dziś z sentymentem wspominają organizowane tam Noce Pojednania.
- Czemu Planeta upadła? To proste - robiła Noce Pojednania w tym samym dniu, kiedy w Kantych odbywały się imprezy techno, czyli w ostatni piątek miesiąca. W efekcie część ludzi jeździła do Bielska, część do Jaworzna, ale bitwę wygrał klub Kanty. Poza tym Planeta była chyba zbyt duża - przekonuje Gogo, od dwóch lat rezydent w Kantych.
Tomasz Breś: - Rynek jest bardzo wąski, ale można chyba mówić o jakiejś specjalizacji. Kanty to komercja, wielkie imprezy z wielkimi gwiazdami z zagranicy i bardzo drogie bilety. Z drugiej strony jest Mega Club - dla mnie prawdziwy undergroundowy klub, bez luksusów. Czasem jest obsrany, opluty i obrzygany, ale niech tak będzie, skoro ludzie dobrze się bawią.
Gogo śmieszy taka definicja undergroundu: - Właśnie o to ścięliśmy się z Tomkiem, kiedy jeszcze grałem w Mega. Dla mnie Mega jest niedoinwestowany, bo klub musi być dobrze nagłośniony, mieć dobre światła i czyste toalety. Ludzie nie chcą się bawić w syfie. Gdyby nie to, Mega mógłby być najlepszy na Śląsku - ma niesamowitą lokalizację w centrum miasta i dwa poziomy. Ale nie można tłumaczyć, że syf jest wizytówką undergroundu, bo to śmieszne.
Marcin i Wojtek tworzą muzykę na komputerach, nazwali się Axis, mieszkają w Świętochłowicach. Czasem grają w Kantych, chociaż twierdzą, że to klub nastawiony na komercję. - Techno na Śląsku ma dwa bieguny: jeden to komercja, czyli Kanty, drugi to underground, czyli Inkubator albo Kocynder. W Kantych często gra się pod publikę, nie ma nic inteligentnego, bogatego, a muzykę zastępują dźwięki wiertarki albo lodówki. Szczytem komercji na Śląsku był Mayday w Spodku - sami niemieccy didżeje i niemieckie granie.
Czy więc istnieje na Śląsku kultura klubowa? Didżeje twierdzą, że nie. Kluby powstają i po trzech miesiącach upadają. Z różnych przyczyn - czasem za dużo w nich doliniarzy i dresiarzy, a takie towarzystwo nie odpowiada ludziom, którzy chcą się bawić przy techno. Imprezy techno z założenia mają być wolne od agresji. - Czasem pękają właściciele. Boją się narkotyków i tego, że jak ich stali klienci usłyszą naszą muzykę, to się wystraszą i przestaną przychodzić. Tak właśnie było z bytomskim Graphem - mówi dj R.M.
Gogo: - W całej śląskiej aglomeracji razem z wiochami mieszka tylu ludzi, ile w Berlinie. Teoretycznie to duża scena. Ale w Berlinie imprezy techno są w klubach co czwartek, piątek i sobotę i nie ma problemów z frekwencją. To się na Śląsku nie może udać, ludzie nie mają pieniędzy. A z drugiej strony imprezy nie mogą być za często, bo żeby ludzie dobrze się bawili, muszą mieć ciśnienie, zbierać je przez wiele dni.
Południe słucha Vivy
Didżejów na Śląsku jest kilkunastu, kilkudziesięciu dopiero stara się zaistnieć. Często są skłóceni, unikają się, nie rozmawiają ze sobą. Bywa, że ci, którzy wyszli z Mega Clubu, zarzekają się, że ich noga już nigdy tam nie postanie. Jeśli mają wymienić dobrych śląskich didżejów, rzucają ksywy tych, z którymi robią wspólne grania, a nie mówią nic o grających inne style.
Pulp: - Czemu są kwasy na rynku? Wiadomo, każdy chce być najlepszy i najważniejszy, bo za tym idzie kasa. Stąd ta cała zazdrość. Dla mnie dobry jest Peeql i Seenoos, bo tak jak ja grają house. Ale Siasia to też marka.
Gogo: - Młodzi chcieliby od razu skoczyć do przodu, grać za duże pieniądze, a tak się nie da. Trzeba najpierw pokazać, co się potrafi. Kto jest dobry na Ślasku? R.M., Plus z Zabrza, Kobra z Katowic. Pulp gra specyficzne stare housy, ale jest w tym dobry.
R.M.: - Dla mnie przełomem był ubiegły rok - na łódzkiej Paradzie Wolności zakwalifikowałem się do konkursu didżejów i zająłem drugie miejsce. Po Łodzi katowicka scena zauważyła mnie i dostałem parę propozycji. Ale tu jest niezdrowa konkurencja między didżejami, nie ma współpracy. Kluby robią na przykład imprezy w tych samych terminach, jakby nie można było się dogadać.
Nie dość, że śląskie środowisko jest skłócone, to jeszcze nielubiane przez resztę Polski.
Dj Uploud: - Północ nie lubi południa, bo południe kojarzy się z niemiecko-vivowskim klimatem, przyjeżdża tu grać wielu niemieckich didżejów. To twarda muzyka, czyste techno. A północ słucha MTV, to zupełnie inne klimaty.
Siasia: - Nie lubią nas, bo tu jest ekipa hardcore'owa, a mało kto przepada za taką rzeźnią.
Pulp: - Śląsk to fabryki, kopalnie, huty, więc to normalne, że ludzie lubią ciężką industrialną muzykę.
Gogo: - MTV jest dojrzalsze i mniej komercyjne, Viva bardziej rynkowa. Ale ja żadnej stacji nie słucham, bo nie chcę się na nikim wzorować. Śląsk jest ukierunkowany na Niemcy dlatego, że nam do Niemiec jest bliżej, ludzie mają tam rodziny i lubią słuchać ich muzyki. Śląscy didżeje są najlepsi technicznie w Polsce. Z graniem w innych regionach Polski nie jest też tak źle - jeśli ktoś mi załatwi granie, to ja jemu też. Tylko Warszawa jest sama dla siebie, zamknięta dla wszystkich.
Industrialne podziemie
Kultura techno ma na Śląsku jeszcze jedno zagrożenie. Jest nim hip-hop. Tomasz Breś: - Lansujemy hip-hop, bo ludzie tego chcą. Epoka techno już odchodzi, skończył się tamten szał. Przełom nastąpił trzy lata temu, kiedy ludzie zaczęli się domagać hip-hopu. Zaczęło się chyba od kultowego koncertu Liroya - 900 osób tłoczyło się w klubie, 300 stało na zewnątrz i skandowali: "Scyzoryk, scyzoryk". Supportem na tym koncercie był nieznany wtedy nikomu katowicki zespół hiphopowy Kaliber 44. Teraz to gwiazda. Mam wrażenie, że kultura techno zeszła do pubów. Raz w miesiącu coś tam sobie grają, przychodzi kilkadziesiąt osób, piją piwko przy barze. Nasi klienci nie chcą już niemieckiego ciężkiego techno, więc jeśli już gramy, to house i inne lżejsze podnurty.
- Kiedyś imprezy robiło się va banque. Informacja szła pocztą pantoflową bez żadnej reklamy i przychodziło 300 osób. Klimat był dobry, ale się skończył - narzeka Uploud.
Pulp: - Pamiętam, jak robiliśmy kiedyś sylwestra w Nowej Hucie: wynajęliśmy hotel robotniczy, dwa dni bez kibla w gołych ścianach ludzie się bawili. Było ostro, był czad. A teraz młodzi łyknęli hip-hop jak kluski z masłem. Ale uczciwie mówiąc - techno to nie jest tanie granie. Kogo stać, żeby kupić dwa gramofony i sto winyli?
Jedynie Gogo nie wierzy w zmierzch techno. - W Niemczech też tak mówiono i się to nie sprawdziło. Ja sam jeszcze w marcu powiedziałbym, że techno jest w odwrocie, bo musieliśmy w Kantych dokładać do imprez. Ale teraz znowu zaczyna się nakręcać. Myślę, że kiedyś nie było lepiej, ale inaczej. Scena po prostu się zmienia. A co do hip-hopu: też byłem zbuntowanym hiphopowcem, ale z tego się wyrasta.
I love you, te sprawy
Do klubu się idzie po to, żeby przeżyć ekscytujący wieczór, zapomnieć o wszystkim i odlecieć. Posłuchać dobrego didżeja i po ciężkim tygodniu znaleźć się w swojej grupie, naładować pozytywną energią. Zależnie od muzyki, jaką gra didżej, panują uczucia od euforii, poprzez ekstatyczne uniesienie i radość, do skupionego odlotu. Ludzie tańczą z uśmiechem na twarzy, krzyczą, kiedy rozpoznają ulubione kawałki, w kulminacyjnym momencie dostają dzikiego przypływu energii. Na imprezach techno bardzo rzadko spotka się dresiarzy, ludzi w skórach, nie ma smętnych twarzy, oczu szukających zaczepki. Jeśli klubowicze na kogoś narzekają, to na ochronę - nie pasuje do klimatu. Obowiązują ubrania techniczne (koturny, obcisłe podkoszulki, sztuczne materie, błyszczące farby, dziwne fryzury), ale tak naprawdę nie ma żadnych zasad, nie ma ideologii.
Kto słucha techno? Tomasz Breś twierdzi, że licealiści ostatnich lat, studenci i jeszcze trochę starsi. - To świadomi klienci. Kiedy ma być w Mega technoparty, dzwonią i pytają: "Jacy didżeje, jaki nurt i styl?".
Pulp: - Ludzie, którzy przychodzą na imprezy, zwykle przez pięć dni ciężko harują w krawatach, mają w robocie problemy, przychodzą do domu, włączają telewizor, a tam problemy, ciągle ktoś od nich oczekuje, żeby sprostali wyzwaniom, jakie stawia im życie. A kiedy przychodzi weekend, zrzucają te garnitury i idą odreagować. Przyjeżdżają do Inkubatora z Zabrza, Sosnowca, Żor, zwykle studenci i japiszony. To są najlepsi klienci, nie liczą złotówek, nie robią awantur. Po prostu się luzują. Drzwi klubu się zamykają i ich problemy zostają za drzwiami. Jest tylko muzyka. A ja im daję luz i zapomnienie. Cały bajer na tym polega, że nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, nic nie ma.
Pulp najbardziej lubi grać na małych imprezach, dla 200 - 300 osób. Zwykle wszystkich zna, robi się fajny klimat, można zapalić, nie stresować się. Whisper woli duże imprezy w Kantych - lubi patrzeć, jak kilka setek ludzi robi to, czego on chce. - Żeby była jasność: na imprezach techno nie ma chamstwa, agresji, zero zagrożenia. Chamstwo jest na dyskotekach, techno słuchają ludzie na wyższym poziomie.
Nakręcone pigułami extasy tłumy na imprezach techno przeszły już do legendy. No bo jak inaczej wytrzymać kilkanaście godzin skakania? Gogo: - Jeśli didżej bierze prochy, nigdy nie będzie miał kontroli na tłumem, bo narkotyki albo wyostrzają, albo stępiają zmysły. Więc ja nie biorę. Didżej ma zbudować klimat imprezy, a o wiele trudniej to zrobić, jeśli ludzie nie są na prochach. Ale to jest wyzwanie, bo jeśli są naćpani, to można im puścić cokolwiek, a i tak się nakręcą.
Siasia kiedyś brał. - Ale od ubiegłego sylwestra nie wziąłem ani jednego draga, nic - zarzeka się. - To nie o to chodzi.
R.M.: - Narkotyki to nie jest problem techno, ale wszystkich dyskotek.
Pulp: - Fakt, techno kojarzy się z prochami. Na szczęście na Śląsku nie ma jeszcze heroiny, ale pewnie wkrótce przyjdzie i wtedy zacznie się dym.
Dziewczyny lubią didżejów - gość, który kręci winylami, to gwiazda imprez, mistrz ceremonii. A przyjemnie jest znać gwiazdę. - Dziewczyny? Jest dobrze, jest dobrze. Dzwonią do mnie, chcą się umawiać, piwko ci chcą stawiać. Kręci mnie to - puszcza oko Pulp. - Albo wpada taka za didżejkę, całuje cię i ucieka - I love you, te sprawy. Zajebiście jest.
Whisper: - Popularność? Nie odbieram tego tak. Ludzie przychodzą za didżejkę, bo ich fascynują gramofony, a nie ja. Żadne piszczące małolaty za mną nie latają.