Rozmawiała_Dagmara Dziób
TechnoParty: Tak na wstępie, kilka słów o Tobie. Powiedz nam, proszę, jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką? Kiedy miałeś pierwszy kontakt z gramofonami oraz kiedy zainteresowałeś się produkcją?
Dervish: Jakiś 1990, może 1991 rok. Wcześniej próbowałem swoich sił z różnymi instrumentami. Uczyłem się grać... jakieś gitary, bębny i takie tam. Potem przyjechali moi koledzy z Niemiec i przytargali ze sobą gramofony… Wow! no to odpadłem. Zacząłem się bawić tymi cudeńkami. Wpadłem na to, że można je traktować jak instrumenty. Tak się zaczęło. Potem doszedłem do wniosku, że dlaczego mam grać jedynie to, co jest na czarnych plackach? I wskoczyłem do studia.
TP: A skąd pomysł na pseudonim artystyczny?
Dervish: Kompletny przypadek. Na jakimś obiadku czy jakoś tak, nie pamiętam dokładnie gdzie... W każdym razie miałem na głowie dziwaczną czapkę i kolega stwierdził, że wyglądam jak Dervish. I tak już zostało.
TP: Niektórzy określają Twój styl grania jako „Derv”. Jak Ty byś go opisał?
Dervish: Nie chce się szufladkować, trudno jest mówić o swoim własnym stylu. Jeżeli nazywają go „Derv” - to dobra moja : )
TP: Których djów zza granicy cenisz najbardziej? Kto jest według Ciebie najlepszy?
Dervish: To trudne pytanie. Zawsze, kiedy ktoś mi je zadaje, staram się unikać odpowiedzi. Ja po prostu nie mam faworytów. Kręcą mnie artyści czy zespoły, ale nie te dokładnie związane z muzyką klubową. Jestem wielkim fanem Supertramp czy ELO, zresztą chyba nie ja pierwszy.
TP: A z Polski?
Dervish: Tutaj to już w ogóle nie będę odpowiadać : )
TP: A czy masz swój „djski” autorytet?
Dervish: Harry Frank Towers chociażby. Poznałem faceta osobiście, po prostu wielki człowiek.
TP: Jak oceniasz sytuację na rynku muzyki klubowej w naszym kraju? Czy jest coś, co według ciebie należałoby zmienić?
Dervish: Komunizm i cały ten bałagan pokomunistyczny poblokował nam, Polakom, drogę do pokazania światu, na co nas tak naprawdę stać. Ludzie nie wiedzieli, co to jest Polska, a my nie wiedzieliśmy, że można szukać czegoś poza granicami. Teraz mamy Internet, czyli kontakt z całym światem, to wielki plus. Rynek muzyczny is going down. Mp3 zabijają sprzedaż płyt, a producenci zakorkowali się kompletnie, wszyscy robią utwory strasznie podobne do siebie. Ja się z tego cieszę, bo w końcu my Polacy mamy swoją szansę. Robimy nowe ciekawe rzeczy, wokaliści chcą z nami pracować, a i same labele szukają czegoś nowego. Myślę, że teraz jest nasz czas. Jeżeli to wykorzystamy, to zdobędziemy laury. A zmiany? Więcej powagi ze strony tak zwanych organizatorów imprez, a wszystko stanie na nogi.
TP: Przejdźmy może teraz do sprawy kluczowej naszego wywiadu, czyli do targów Winter Music Conference. Jak wiadomo, była to 21 edycja tego, największego na świecie, święta muzyki klubowej. Opowiedz nam tak ogólnie, jaki panował tam klimat?
Dervish: Ulice pełne ludzi, szczególnie w nocy. Mimo, że to Stany, bardzo mocno czuło się europejski klimat. Ludzie bardzo mili dla siebie, trudno było odczuć, że wielki Roger Sanchez jest gwiazdą - po prostu zwykły facet, kolega. Tam wszyscy byli równi, bardzo mi się to podobało. Gdyby nie to amerykańskie szpanerstwo dostrzegane na każdym kroku (wypasione fury, komórki trzymane w rękach, złote zęby i takie tam), Miami byłoby w 100% super. Natomiast, jeżeli jedziesz tam robić biznes, to masz przechlapane. Ja pojechałem tam właśnie w tym celu. Biegałem jak oszalały ze spotkania na spotkanie, rozdając samplery i jakieś gadgety reklamowe. Miałem co prawda szczęście, gdyż Pepper Mashay, z którą właśnie nagrałem nowy utwór, bardzo mi pomogła. Ta kobieta zna praktycznie wszystkich i tymi kontaktami podzieliła się ze mną. Jestem super zadowolony.
TP: Pogoda dopisała? : )
Dervish: Pierwszego dnia tzn. w piątek była ogromna burza. Miałem pecha, bo akurat mieliśmy lądować i zatrzymali nas na godzinę w powietrzu: „lotnisko zamknięte”, hehehe. Potem 25 do 30 stopni. Chciałbym, żeby w Polsce były takie zimy.
TP: Organizatorzy szacowali, że w tym roku spotka się przy okazji tego wydarzenia, 48 tysięcy uczestników? Czy faktycznie udało się sprostać tym założeniom?
Dervish: Oj tak, w 100%. Na ulicach było tyle ludzi, że trudno było się przedostać z punktu a do punktu b. Każda impreza czy za dnia czy w nocy była pełna tańczących klubowiczow. Po prostu rewelacja!
TP: Prezentowałeś swe umiejętności kilka razy podczas trwania WMC. Co to były dokładnie za imprezy i co przedstawiłeś publiczności?
Dervish: W sobotę grałem razem z Eddie Amatorem i Willy Sanjuanem na imprezie promującej nasze labele Molacacho i Mochico „Mochimola party” w klubie „Onda”. Niedziela to był kompletny odjazd. Todd Gardner, Ivan Lopez i ja na wielkim Yahcie. Ludzie zapłacili za bilety, rzucono cumę i popłynęliśmy. Bardzo ekskluzywna impreza – nigdy tego nie zapomnę. Poniedziałek „Sushi samba” - praktycznie ta sama obsada deejayska, z tym że dołączył do nas Harry Choo Choo Romeo. Jechaliśmy do 5 rano, każdy zagrał po 1,5 godziny, a potem wielkie Back to back.
A co grałem? To Miami, jedne wielke targi, więc każdy starał się grać swoje nowe produkcje. Ja zrobiłem dokładnie to samo.
TP: Jakie wielkie gwiazdy (oczywiście oprócz Ciebie) ze świata muzyki można było jeszcze spotkać w tych dniach w Miami?
Dervish: Tak na wstępie to żadna ze mnie gwiazda, hehehe. Powiem ci kogo ja poznałem osobiście, bo tak ogólnie był tam każdy i to dosłownie. To tu wymieniam: Ivan Lopez, Todd Gardner, Pepper Mashay, Barbara Tucker, Hary Choo Choo, Simone Deny, Kid Massive Red Eye… Kurczę, dużo Ich było. Naprawdę dużo...
TP: Zapewne bywałeś w wielu klubach podczas swego pobytu w Miami. Jakie to były miejsca? Czym życie klubowe w Miami różni się od naszego? I jacy są tam bawiący się ludzie?
Dervish: Kluby to żadna rewelacja, brudne toalety i strasznie wygórowane ceny. Natomiast ludzie... YES! Oni po prostu przyszli się bawic… tak naprawdę bawić. Nie stać w kątach, tylko tańczyć. Doceniają nowe, doceniają to, co zrobiłeś, a nie tylko stare ograne hity czy nowe remixy tego, co znamy… Za to lubię Miami. Poza tym klubowicze super! Strasznie mili i w ogóle. Jedno tylko, co mi nie pasowało, to fani hip-hopu. Teraz w Stanach jest moda na niejakiego Lil John, czy jak mu tam. Wszyscy czarni się wzorują na nim. To po prostu straszne. Kolesie jeżdżą samochodami, które się święcą jak psu jaja. Im drożej, tym lepiej. Mają powstawiane złote zęby, noszą ręczniki na głowach, komórki w rękach, przez które rozmawiają, używając speakera, tak, żeby każdy słyszał. Drugą rękę mają zajętą trzymaniem odtwarzacza mp3... Po co to wszystko, nie wiem… Chore to jakieś, czy co.
TP: Najlepsze sety na WMC według Ciebie to...
Dervish: Koncert Barbary Tucker i Pepper Mashay na zamkniętej imprezie hotelu „Delano” i Todd Gardner na Sushi Samba.
TP: A najciekawsze wydarzenie?
Dervish: Dla mnie to premiera „Annoited”. Hotel „Delano”. Największe gwiazdy stały 1,5 godziny, żeby się dostać do środka, mimo tego, że miały zaproszenia. To było najciekawsze i najważniejsze wydarzenie akurat dla mnie, bo „Annoited” to mój nowy track, do którego live w trakcie koncertu śpiewała Pepper. Możesz mi nie wierzyć, ale na tym koncercie był praktycznie każdy, kto się liczy w branży klubowej. Pepper jest tam traktowana jak bogini na równi z Barbarą Tucker. Stąd też te tłumy. Przecież nikt nie przyszedł posłuchać mnie, hehehe.
TP: Jaki charakter miała gala International Dance Music Awards 2006?
Dervish: To jeden wielki biznes. Wszystko jest zrobione po to, żeby dalej kręcił się ten interes. To nie jest tak, że wytwornie robią to dla muzyki. Wytwórniami dyrygują księgowi. Była wielka pompa, ale to wszystko na pokaz.
TP: Jak spisała się strona organizacyjna? Zrobić imprezę dla tylu tysięcy ludzi to nie lada wyczyn...
Dervish: To akurat bardzo wysoki poziom, ale my tutaj w Polsce robimy dokładnie tak samo. Patrz MDT czy Mayday… wszystko zapięte na ostatni guzik.
TP: Hmm... no nie wiem, czy aby tak do końca na ostatni... : ) A czy było coś, co Ci się tam nie podobało...?
Dervish: CENY…. To akurat było zwariowane. Wszystko droższe o 300% niż w każdym innym miejscu w Stanach czy w Europie. Za byle pokój w hotelu trzeba było płacić $200 za dobę, a głupi hot-dog kosztował $6.
TP: Ok, już tak na zakończenie... Nad czym aktualnie pracujesz? Jakieś plany na przyszłość? Konkretne cele?
Dervish: Nowe utwory z Inaya Day, Pepper Mashay, Crystal Waters i Mike Davis. Generalnie znowu siedzę w studio.
TP: W takim razie życzymy powodzenia. Dzięki za poświęcony nam czas.
Dervish: To ja dziękuję : )
Brawo Dagmarko